Rozmowa Karola Paciorka z Michałem Gulczyńskim dotyka tematu, który w Polsce przez lata był spychany na bok. Nie dlatego, że był nieważny. Raczej dlatego, że trudno było o nim mówić bez natychmiastowego wejścia w spór: kto ma gorzej, kobiety czy mężczyźni?
I właśnie tu zaczyna się najważniejszy punkt tej rozmowy. Gulczyński nie próbuje udowodnić, że problemy kobiet są nieistotne. Nie buduje też opowieści o mężczyznach jako „nowych ofiarach systemu”. Pokazuje coś prostszego, ale niewygodnego: równość płci nie powinna działać tylko w jedną stronę. Jeśli widzimy nierówności dotyczące kobiet, powinniśmy też umieć zobaczyć te, które dotyczą mężczyzn.
To nie jest gra o sumie zerowej. To, że poważnie potraktujemy problemy chłopców i mężczyzn, nie odbiera nic kobietom. Może za to pomóc zrozumieć, dlaczego część mężczyzn czuje się niewysłuchana, zepchnięta do roli dostarczyciela pieniędzy, siły i odporności, a jednocześnie pozbawiona prawa do słabości.
Najbardziej widoczna nierówność jest zapisana w prawie
Najłatwiej zacząć od emerytur, bo tu nie trzeba interpretacji ani ideologii. W Polsce powszechny wiek emerytalny wynosi 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Potwierdza to ZUS: od 1 października 2017 r. kobiety mogą przechodzić na emeryturę pięć lat wcześniej niż mężczyźni.
Można oczywiście dyskutować, skąd wzięło się takie rozwiązanie. Historycznie wiązano je z rolą kobiet w rodzinie, macierzyństwem i większym obciążeniem pracą opiekuńczą. Tyle że dzisiaj ten argument coraz częściej zderza się z inną rzeczywistością. Mężczyźni żyją krócej, częściej pracują w zawodach fizycznych, częściej wykonują prace ryzykowne, a mimo to prawo każe im pracować dłużej.
Ta różnica przenosi się też na inne obszary. Ulga dla pracujących seniorów, czyli PIT-0, przysługuje kobietom po ukończeniu 60 lat, a mężczyznom po ukończeniu 65 lat. Tak informuje serwis podatki.gov.pl.
I tu pojawia się pytanie, którego nie da się łatwo zbyć: jeśli mówimy o równości wobec prawa, to dlaczego w tak podstawowej sprawie państwo nadal traktuje kobiety i mężczyzn inaczej?
Chłopcy coraz częściej przegrywają już w szkole
Drugi ważny temat to edukacja. Przez lata rozmowa o nierównościach edukacyjnych skupiała się głównie na zachęcaniu dziewczyn do nauk ścisłych, technologii i lepiej płatnych zawodów. To było potrzebne. Problem w tym, że w międzyczasie zaczęła rosnąć inna luka: chłopcy coraz częściej radzą sobie gorzej w systemie szkolnym.
W czasie konferencji IBE o luce edukacyjnej Gulczyński zwracał uwagę, że chłopcy przystępują do rekrutacji do szkół średnich z niższymi wynikami niż dziewczęta, co później wpływa na ich dalszą edukację. Według relacji z konferencji w Polsce dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn uzyskuje tytuł magistra.
To nie jest drobiazg. Szkoła jest pierwszym miejscem, w którym dziecko dostaje komunikat: „dasz radę” albo „nie nadajesz się”. Jeśli chłopcy częściej wypadają gorzej, szybciej tracą kontakt z nauką i rzadziej kończą studia, to nie jest wyłącznie ich prywatny problem. To problem społeczny.
Zwłaszcza że luka nie wygląda tak samo wszędzie. W dużych miastach może być mniej widoczna, ale w słabszych szkołach, w mniejszych miejscowościach i na peryferiach może mocno wpływać na dalsze życie. Gorszy wynik na egzaminie to gorszy wybór szkoły średniej. Gorsza szkoła to mniejsze szanse na studia albo lepszą pracę. I tak zaczyna się spirala, którą potem bardzo trudno odwrócić.
Zdrowie mężczyzn: krótsze życie i mniej rozmowy
Jednym z najmocniejszych fragmentów tej debaty jest temat zdrowia. Nie da się mówić o sytuacji mężczyzn bez prostego faktu: mężczyźni w Polsce żyją wyraźnie krócej od kobiet.
Według GUS w 2024 roku przeciętne trwanie życia mężczyzn w Polsce wyniosło 74,93 roku, a kobiet 82,26 roku. Różnica przekracza siedem lat.
To nie jest tylko statystyka. Za tym stoją realne nawyki, wzorce i zaniedbania. Mężczyźni rzadziej się badają, częściej ignorują objawy, później trafiają do lekarza. Do tego dochodzi presja, żeby „nie marudzić”, „nie rozklejać się”, „zacisnąć zęby”. Taki model męskości może wyglądać twardo, ale często kończy się samotnością, chorobą albo załamaniem.
Widać to szczególnie mocno w danych o samobójstwach. Według statystyk przywoływanych przez serwis Życie Warte Jest Rozmowy, opartych na danych Komendy Głównej Policji, w 2024 roku w Polsce odnotowano 4845 samobójstw. W opracowaniach dotyczących wcześniejszych lat podkreślano, że zdecydowaną większość zgonów samobójczych stanowili mężczyźni.
To powinno zatrzymać debatę na chwilę. Bo jeżeli mężczyźni częściej odbierają sobie życie, to nie wystarczy powiedzieć: „niech pójdą na terapię”. Trzeba zapytać, dlaczego tak wielu z nich nie ma języka, relacji ani przestrzeni, żeby wcześniej powiedzieć: „nie daję rady”.
Luka empatii, czyli komu wolno cierpieć
W rozmowie pojawia się też pojęcie „luki empatii”. Chodzi o to, że społeczeństwo często inaczej reaguje na cierpienie kobiet i mężczyzn. Kobieta w trudnej sytuacji częściej uruchamia odruch pomocy. Mężczyzna częściej słyszy, że powinien sobie poradzić.
To widać w codziennych zdaniach.
„Facet musi być twardy.”
„Nie przesadzaj.”
„Weź się w garść.”
„Sam jesteś sobie winien.”
Takie komunikaty brzmią zwyczajnie, bo wielu z nas słyszało je od dziecka. Ale ich skutek bywa fatalny. Mężczyzna uczy się, że proszenie o pomoc jest wstydem. Że lęk, samotność, depresja albo poczucie porażki to coś, co trzeba schować. Potem znika z relacji, ucieka w pracę, alkohol, telefon, agresję albo milczenie.
I wtedy społeczeństwo często widzi już tylko objaw. Nie widzi procesu, który do niego doprowadził.
Ojcostwo nadal traktujemy zbyt lekko
Ważny jest też temat ojcostwa. Gulczyński zwraca uwagę, że system urlopów i społecznych oczekiwań wciąż ustawia matkę jako domyślnego rodzica, a ojca jako kogoś pomocniczego. Niby ojcostwo jest chwalone, ale w praktyce wielu mężczyzn nadal słyszy, że najważniejsze jest zarabianie, a nie obecność.
To szkodzi wszystkim.
Szkodzi dzieciom, bo potrzebują realnej więzi z ojcem, nie tylko weekendowej atrakcji. Szkodzi kobietom, bo utrwala nierówny podział opieki. Szkodzi mężczyznom, bo odbiera im część życia, która może być jednym z najważniejszych źródeł sensu.
Jeśli ojciec od początku jest blisko dziecka, bierze urlop, czyta, przewija, odprowadza, rozmawia, ogarnia codzienność, to nie „pomaga matce”. On jest rodzicem. I dopiero od tego miejsca można uczciwie mówić o partnerskim modelu rodziny.
Polityka nie wie, co zrobić z mężczyznami
Ciekawy jest też polityczny wymiar tej rozmowy. Gulczyński pokazuje, że problemy mężczyzn nie mieszczą się wygodnie ani po lewej, ani po prawej stronie.
Lewica często mówi o równości, ale gdy temat dotyczy mężczyzn, robi się ostrożna albo nieufna. Bo łatwo pomylić rozmowę o problemach mężczyzn z antyfeminizmem. Z kolei prawica często mówi o rodzinie i tradycji, ale jednocześnie utrwala obraz mężczyzny, który ma być silny, odpowiedzialny, samowystarczalny i najlepiej niezbyt skłonny do narzekania.
W efekcie mężczyzna zostaje sam. Z jednej strony słyszy, że jest uprzywilejowany. Z drugiej, że ma nie płakać i robić swoje.
A przecież można inaczej. Można mówić o problemach kobiet i mężczyzn jednocześnie. Można wspierać dziewczyny w technologii i chłopców w edukacji. Można walczyć z przemocą wobec kobiet i jednocześnie traktować poważnie samobójstwa mężczyzn. Można wzmacniać matki i równocześnie upominać się o ojców.
To nie musi być konflikt. To może być dojrzalsza rozmowa o społeczeństwie.
Mężczyźni nie potrzebują litości. Potrzebują poważnego traktowania
Największą wartością tej rozmowy jest to, że odczarowuje temat. Problemy mężczyzn nie muszą być omawiane językiem żalu, frustracji i internetowej wojny. Można mówić o nich spokojnie, konkretnie i bez odbierania komukolwiek prawa do własnych doświadczeń.
Mężczyźni nie potrzebują litości. Potrzebują poważnego traktowania.
W prawie. W szkole. W ochronie zdrowia. W debacie publicznej. W rodzinie. W gabinecie lekarskim. W sądzie. W pracy. W rozmowach z synami.
Bo chłopiec, który od początku słyszy tylko „poradzisz sobie”, może nigdy nie nauczyć się mówić „potrzebuję pomocy”. A dorosły mężczyzna, który nie umie tego powiedzieć, często płaci za to bardzo wysoką cenę.
Co z tego wynika dla samych mężczyzn?
Ta rozmowa nie powinna kończyć się wyłącznie pretensją do państwa, szkoły czy polityków. To byłoby zbyt proste. Gulczyński mówi też o odpowiedzialności samych mężczyzn za własny dobrostan.
Nie w sensie: „radź sobie sam”. Raczej: nie czekaj, aż ktoś da ci pozwolenie na zadbanie o siebie.
Idź na badania. Zrób morfologię. Sprawdź ciśnienie. Nie ignoruj bólu. Nie udawaj, że psychika jest osobnym, mniej ważnym elementem organizmu. Buduj relacje z innymi mężczyznami, ale nie tylko wokół żartów, pracy i alkoholu. Bądź obecny jako ojciec. Ucz syna, że siła nie polega na tłumieniu wszystkiego w sobie.
I może najważniejsze: nie traktuj proszenia o pomoc jak porażki.
Bo prawdziwa siła nie polega na tym, że człowiek nigdy się nie łamie. Polega na tym, że potrafi zauważyć moment, w którym potrzebuje drugiego człowieka.
Rozmowa, której brakowało
Film z Michałem Gulczyńskim jest ważny nie dlatego, że daje proste odpowiedzi. Jest ważny dlatego, że porządkuje temat, który zbyt długo był oddany skrajnościom. Z jednej strony mamy narrację, że mężczyźni nie mają żadnych problemów, bo „rządzą światem”. Z drugiej strony mamy internetowy gniew, który z realnych krzywd robi paliwo do wojny z kobietami.
Pomiędzy tymi biegunami jest miejsce na uczciwą rozmowę.
Taką, w której można powiedzieć: kobiety wciąż mierzą się z wieloma nierównościami.
I zaraz potem dodać: mężczyźni też.
Bez krzyku. Bez licytowania się cierpieniem. Bez udawania, że problem znika tylko dlatego, że nie pasuje do prostego hasła.