System SENT miał być narzędziem do kontroli przewozu towarów wrażliwych. W założeniu miał pomagać państwu walczyć z wyłudzeniami VAT, nielegalnym obrotem paliwami, alkoholem czy innymi produktami, przy których ryzyko nadużyć jest realne. Problem zaczyna się wtedy, gdy mechanizm tworzony z myślą o dużych transportach zaczyna obejmować drobny handel obwoźny, bazary i małe firmy przewożące zwykły asortyment: skarpetki, bieliznę, swetry, sukienki czy buty.
Wtedy system, który miał porządkować rynek, zaczyna przypominać biurokratyczną pułapkę.
Majtki i skarpetki jako przedmiot szczególnej kontroli
Jednym z najbardziej absurdalnych elementów jest sam przedmiot kontroli. Przedsiębiorca może zostać objęty obowiązkiem rejestracji przewozu towarów takich jak majtki, skarpetki czy buty, jeśli przekroczy określone limity wagowe albo ilościowe. W praktyce oznacza to, że drobny kupiec, który jedzie z towarem na targ, może zostać potraktowany podobnie jak firma przewożąca paliwo.
Limity typu 10 kg towaru albo 20 par obuwia brzmią w tym kontekście jak oderwane od realiów handlu. Dla osoby, która prowadzi sprzedaż obwoźną, 20 par butów czy kilka kartonów skarpetek nie jest żadnym wielkim transportem. To normalny, codzienny towar. Tymczasem system zaczyna traktować go jak coś, co wymaga specjalnego zgłoszenia, monitorowania i potencjalnej kontroli.
Nic dziwnego, że przedsiębiorcy nazywają takie limity „wziętymi z kosmosu”. Bo z punktu widzenia zwykłego handlu trudno znaleźć w nich logikę.
Waga apteczna na targowisku?
Kolejny problem to obowiązek precyzyjnego ważenia drobnego asortymentu. W teorii brzmi to prosto: trzeba znać wagę przewożonego towaru. W praktyce zaczyna się komedia.
Jak dokładnie zważyć skarpetki? Z opakowaniem czy bez? Każdy rozmiar osobno? Każdy typ osobno? Czy majtki, skarpetki i swetry mają być ważone oddzielnie? A co w sytuacji, gdy handel odbywa się w trudnych warunkach, na targu, przy deszczu, wietrze i namiotach, które potrafi porwać mocniejszy podmuch?
W takim świecie przedsiębiorca nie prowadzi już normalnej działalności. Zaczyna przypominać magazyniera, księgowego, logistyka i laboranta w jednej osobie. Pojawia się absurdalna wizja kupca, który zamiast obsługiwać klientów, stoi z „wagą apteczną” i próbuje ustalić, ile dokładnie waży partia skarpetek albo bielizny.
To nie jest cyfryzacja. To przerzucenie na małego przedsiębiorcę obowiązków, których nie da się sensownie wykonać w realnych warunkach.
Biurokracja silniejsza niż handel
Największy problem polega na tym, że każdy rodzaj asortymentu musi być ewidencjonowany i ważony oddzielnie. Dla urzędnika siedzącego przy biurku może to wyglądać logicznie. W tabeli wszystko ma swoje miejsce: kategoria, ilość, masa, przewóz, zgłoszenie.
Ale handel obwoźny tak nie działa.
Osoba jadąca na targ może mieć w busie 200 albo 300 różnych produktów. Skarpetki, majtki, koszulki, bluzy, swetry, sukienki, buty, paski, czapki, drobne dodatki. Każdy z tych produktów może występować w różnych rozmiarach, kolorach i wariantach. Rzetelne przygotowanie takiej wysyłki według wymogów systemu mogłoby zająć cały dzień.
A przecież ten człowiek ma jeszcze dojechać na miejsce, rozłożyć stoisko, sprzedawać, spakować towar i wrócić. W praktyce więc przepisy wymagają czegoś, co jest fizycznie niewykonalne. I właśnie w tym miejscu rodzi się największy absurd: przedsiębiorca może zostać ukarany nie dlatego, że działa nieuczciwie, ale dlatego, że system wymaga od niego rzeczy nierealnych.
SENT nie pasuje do handlu obwoźnego
SENT został zaprojektowany pod transport typu punkt A do punktu B. To ma sens przy cysternie paliwa, dużej dostawie albo przewozie towaru o określonej trasie. Taki transport zaczyna się w jednym miejscu i kończy w drugim.
Handel obwoźny wygląda inaczej. To nie jest trasa A–B. To często A–B–C–D i kolejne punkty. Kupiec może jednego dnia odwiedzić kilka targowisk, przejechać kilka kilometrów między miejscowościami, zmienić plan z powodu pogody albo słabego ruchu klientów. Towar jest ten sam, ale miejsca sprzedaży się zmieniają.
Jeżeli każdy taki przejazd wymaga osobnej rejestracji, system staje się nie narzędziem kontroli, ale przeszkodą w wykonywaniu pracy.
Do tego dochodzą sytuacje wręcz groteskowe. Przedsiębiorca ma załadowany bus, bo jutro jedzie na targ. Wieczorem chce podjechać po bułki albo załatwić prywatną sprawę. Teoretycznie nadal przewozi towar. Czy ma więc zgłaszać taki wyjazd? Czy zwykła jazda do sklepu może stać się naruszeniem przepisów?
Takie pytania pokazują, że regulacje nie zostały dopasowane do życia. Zostały napisane tak, jakby każdy przewóz był prostą operacją logistyczną, a nie częścią codziennego funkcjonowania małej firmy.
Kara większa niż towar i samochód
Najbardziej dotkliwym elementem są kary. Za błąd w systemie albo brak zgłoszenia może grozić 20 000 zł kary lub sankcja liczona jako 46% wartości towaru. Dla dużej firmy transportowej może to być bolesne. Dla drobnego kupca może to być wyrok.
W wielu przypadkach kara może przewyższać wartość przewożonego towaru, a czasem nawet wartość samochodu, którym przedsiębiorca się porusza. To całkowicie zaburza proporcje. Państwo powinno ścigać oszustów, a nie niszczyć ludzi za błędy formalne przy przewozie skarpetek czy sukienek.
Przy takich sankcjach trudno mówić o normalnym prowadzeniu działalności. Przedsiębiorca nie myśli już o sprzedaży, klientach i rozwoju. Myśli o tym, czy przez źle wpisaną wagę albo brak zgłoszenia nie straci dorobku życia.
To prowadzi do stresu, depresji, zamykania działalności i rezygnacji z handlu. A przecież mówimy często o ludziach, którzy po prostu próbują zarobić na życie.
Urzędnicy od liczenia majtek
Absurd dotyka nie tylko przedsiębiorców. Dotyka też służb celno-skarbowych. Zamiast zajmować się poważnymi przestępstwami gospodarczymi, karuzelami VAT, dużymi wyłudzeniami czy nielegalnym obrotem towarami wysokiego ryzyka, urzędnicy są wysyłani do kontroli drobnych handlarzy.
W efekcie kontrolerzy muszą zajmować się liczeniem majtek w reklamówkach, ważeniem sukienek i sprawdzaniem, czy ktoś prawidłowo zgłosił przewóz skarpetek.
To nie jest efektywne wykorzystanie państwowych zasobów. To paraliżowanie służb zadaniami, które nie mają sensownej skali ryzyka. Co więcej, zdarzają się sytuacje, w których sami kontrolerzy nie wiedzą, jak prawidłowo zważyć dany towar i muszą korzystać z pomocy kontrolowanych osób.
Trudno o lepszy przykład systemu, który działa bardziej na papierze niż w rzeczywistości.
Uczciwy kupiec jak przestępca
Do tego dochodzi atmosfera zastraszenia. Obecność służb przy targowiskach, sygnały świetlne, kontrole i napięcie sprawiają, że uczciwi przedsiębiorcy zaczynają czuć się jak przestępcy. Nie jak osoby prowadzące legalną działalność, płacące podatki i próbujące utrzymać rodzinę, tylko jak ktoś podejrzany z definicji.
To ma też wpływ na klientów. Jeżeli przy targowisku pojawiają się kontrole, część ludzi po prostu rezygnuje z przyjazdu. Nie chcą być zatrzymywani, pytani, sprawdzani. Boją się nieprzyjemności, nawet jeśli nie robią nic złego.
W rezultacie cierpią wszyscy: przedsiębiorcy, klienci, lokalny handel i zaufanie do państwa.
Problem nie leży w samej kontroli, tylko w braku proporcji
Nie chodzi o to, że państwo nie powinno kontrolować przewozu towarów. Powinno. Tam, gdzie istnieje realne ryzyko nadużyć, przemytu albo wyłudzeń, skuteczne narzędzia są potrzebne.
Problem polega na braku proporcji.
Jeżeli ten sam mechanizm obejmuje duży transport paliwa i drobnego kupca ze skarpetkami, to znaczy, że system przestał rozróżniać skalę ryzyka. Jeżeli za błąd formalny można dostać karę, która niszczy małą firmę, to znaczy, że przepisy nie chronią rynku, tylko go dławią. Jeżeli urzędnicy zamiast ścigać poważne przestępstwa liczą bieliznę na bazarze, to znaczy, że państwo samo produkuje absurd.
SENT w takiej formie pokazuje, jak łatwo dobra idea może zostać wypaczona przez źle napisane przepisy. Zamiast uderzać w szarą strefę, system zaczyna uderzać w ludzi, którzy działają legalnie, ale nie są w stanie spełnić wymagań oderwanych od realiów.
A kiedy przedsiębiorca musi zastanawiać się, czy wyjazd po bułki załadowanym busem wymaga zgłoszenia, to nie jest już walka z oszustwami. To biurokracja, która straciła kontakt z rzeczywistością.